Bo życie tak naprawdę zaczyna się po 50-tce… w bicepsie

Wyprawa USA 2019 – pełna relacja

Dzień 0

 

„a może być tak rzucić wszystko i pojechać do Ameryki ?”  Myśl, na początku nieśmiała, rosła z każdym dniem aż w końcu stała się obsesją i bardzo konkretnym postanowieniem. Zebranie funduszy trwało rok i wymagało przejścia na dietę marchewkowo-kapuścianą plus raz w tygodniu dziczyzna co ją był upolował domowy kot. Tematem udało się „zarazić” aż 4 osoby (Orzech, Łuki, Nieścieralny vel Zdrapka, Kali) co jest rzeczą niespotykaną ponieważ nawet na kilkugodzinny wyjazd do Czech trudno zebrać dzisiaj ekipę… Nie przedłużając: bilety kupione, klamka zapadła, jedziemy ! Z Nieścieralnym minimalizujemy ryzyko i wyjeżdżamy dzień wcześniej do Warszawy, gdzie mamy zabukowany jakiś tani hotel. Nie chcemy przykrych niespodzianek typu „pociąg stanął w szczerym polu i nie zdążyliśmy na samolot”. Przez ostatni tydzień w domu wszystkie kanty i rogi oklejone były gąbką, nosimy pełny zestaw ochraniaczy, parasol, czapka, szalik, witamina C, golenie tępą żyletką i motocyklowa abstynencja  – nic, absolutnie nic złego nie mogło się przecież stać przed samym wyjazdem.

Dzień 1

Na Okęciu spotykamy się z Orzechem i Łukim, wszyscy dostają klubowe koszulki MotoPakera – USA Edition zrobione specjalnie na tę wyprawę. Łuki przezornie chce kupić kanapki na wolnocłowym ale Orzech pacyfikuje pomysł bo przecież w dreamlinerze (Boeing 787), w klasie ekonomicznej nawet zwykły „Kowalski” może poczuć się jak szejk – duży błąd. Miejsca przydzieliło nam zupełnie od czapy, każdy siedzi osobno, ja z wegetarianką co jest istotnym szczegółem dla dalszej części historii. Pierwszy obiad serwują zaraz po starcie, nie jest źle myślę sobie. Kolejny nastąpił po 10 godzinach przed samym lądowaniem, gdy mój żołądek przyzwyczajony do tego, że co 3 godziny otrzymuje ze 1000 kalorii był już w stanie agonalnym. Zjadłem swoją porcję a organizm krzyczał „jeszcze”, wegetarianka koło mnie wzgardziła kurczakiem, patrzę na nią a w moich oczach dużymi literami pisze „JESZ TO ?” Najwyraźniej nie czyta z ruchu gałek bo pozostaje niewzruszona, Orzech ratuje mnie swoim Prince Polo, dobre i to.

 

Wjechać do USA jest bardzo trudno, przechodzimy pierdylion odpraw, gdy w końcu udało nam się przekonać służby, że nie jesteśmy terrorystami i nie chcemy pracy na zmywaku za pół stawki Amerykanina – możemy cieszyć się słońcem Los Angeles. Bagaży mamy więcej niż Lady Gaga w trasie koncertowej, musimy czekać na specjalną taksówkę, która zabierze ten cały majdan. Taksówkarz w drodze do hotelu poleca burgerownię, rzekomo świeża krowa, nie z zamrażarki, warzywa prosto z ryneczku Lidla i takie tam, jak tylko zrzucamy bagaż w pokoju lecimy na pierwszego amerykańskiego burgera. W drodze  stwierdzam, że jesteśmy jedynymi piechurami w tym mieście, wszyscy wożą tu swoje cztery litery wielkimi pickupami z 6 litrowymi silnikami. W „In and Out Burger” przekonujemy się, że nasz angielski jest niewystarczający do zrozumienia tubylców, długo rozkminiamy co gruba murzynka przy kasie ma na myśli mówiąc: „łonijion”, jednak cebulak cebulę zawsze rozpozna i w końcu zatrybiliśmy. Burger był mały, tłusty, drogi i niezdrowy czyli kwintesencja tutejszego żarcia. Po zjedzeniu czułem się jak po zabiegu rektoskopii gdy doktor włożył mi pompkę rowerową do okrężnicy i sprawdzał jakie ciśnienie wytrzymają jelita. „Jet lag” dawał się we znaki, pomimo tabletek spać nijak się nie dało, prawie całą noc przeleżałem słuchając chrapania Zdrapki.

Dzień 2

Ummm… śniadanko ! Hotel wypas to i pewnie żarcie też. Otwieram pokrywkę gara z jajecznicą i nie wierzę: „co ja paczę ??!!” Jajo z proszku, chleb tostowy o smaku  tektury i trocin plus jogurt, w którym zdechły wszystkie bakterie. Nie ma ani jednego normalnego produktu, jest za to do wyboru ze 10 sosów smakowych, polew, gofrów i bitej śmietany ze 3 rodzaje. Robię sobie gofra i jakieś owoce – taką dawkę cukru zjadam zwykle w ciągu tygodnia. Łuki czuje się jak w niebie, bita śmietana grubą kołderką przykrywa gofry i jego wąsy, sosy spływają mu po brodzie, widzę że się odnalazł i będzie tu bardzo szczęśliwy.

 

Zamawiamy Ubera XL i jedziemy z naszym taborem, który ledwie się tam upchnął do wypożyczalni moto, gdzie czekają na nas cztery BMW R1200 GS. Na miejscu widzimy, że dali nam boczne kufry, GS-y mają szerokość autobusu.  Nie chcemy tego, nie po to bierze się moto aby stać w potem w korkach przez szeroki gabaryt. Niestety, nie wiedzieć czemu nie ma opcji aby je zostawić (nie, bo nie), jest pierwszy zgrzyt… uszczęśliwiają nas na siłę. Wskakujemy w nasze moto-wdzianka, pakujemy cały przywieziony dobytek na motocykle, puste walizy zostawiamy w wypożyczalni na przechowanie. 

Wyjazd z Los Angeles trwa wieczność, jedziemy obwodnicą prawie godzinę, ależ to jest moloch !  Gdzieś na wylocie miasta zatrzymujemy się na tankowanie, teren lekko pochyły, stawiam moto na bocznej nóżce i idę po coś chłodnego. Gdy wracam BMW robi samo z siebie piękną wyjebkę w kręgach motocyklowych zwaną „parkingówką”. Błędem było zostawienie maszyny na luzie na pochyleniu, gleba skończyła się niegroźnie ponieważ motocykl oparł się na gmolach (na szczęście je miał). Nieźle się zaczyna…

Jedziemy w góry niedaleko LA, Orzech zaplanował całą trasę tak aby pokręcić się po amerykańskich zakrętach, których wbrew obiegowym opiniom jest tu mnóstwo. Rzeczywiście droga przypomina tor wyścigowy, asfalt bardzo dobry, zakręt goni zakręt. Po jakiś 50 milach okazuje się, że droga jest zamknięta i cały misterny plan poszedł w pizdu. Szukamy objazdu, nadkładamy wiele mil aby przekonać się, że kolejne droga też jest nieprzejezdna, zastanawiam się czy wyjedziemy dzisiaj z tych gór… W końcu udaje się znaleźć jakąś nitkę na mapie, która prowadzi tam gdzie chcemy, trafiamy do motocyklowej knajpy, wokół dużo maszyn. Jemy (a jakże) burgera gdy nadjeżdża Harley, kierownik w poniemieckim kasku i piosenka AC(piorun)DC na cały regulator zwiastują jego przybycie, oczywiście powiewająca flaga USA z tyłu dopełnia wizerunku całości. Uśmiechamy się pod nosem a siedzący obok lokales, z którym chwilę rozmawialiśmy mówi „this is America guys” – ma absolutną rację. Odjeżdżamy i za chwilę trafiamy na wypadek gościa, który ruszył moment przed nami. Moto leży, facet krwawi z łokcia, zero zasięgu w telefonach. Wyciągamy apteczki, Łuki dezynfekuje go Amolem, którym jak wiecie można wszystko: narkotyzować się, wypić jak przyciśnie, lub polać ranę. Opatrujemy jak umiemy a w między czasie przyjeżdżają służby więc nic tu po nas. Po drodze trafiamy na miasteczko Twin Peaks, robimy fotki przy tablicy z nazwą a Zdrapka znajduje pieniek przy którym zamordowano Laurę Palmer.

Czasowo jesteśmy w głębokiej dupie przez to błądzenie i przygody, jest już ciemno. Zatrzymujemy się w markecie chcąc zanabyć coś na kolację, sprzedawane porcje są gigantyczne, paczka wędliny starczyłaby dla afrykańskiej wioski na miesiąc, serem w plastrach spokojnie obdarowalibyśmy całą pielgrzymkę. Rezerwujemy motel po drodze, dojeżdżamy tam w nocy i okazuje się, że rezerwację anulowano ponieważ na karcie kredytowej pisze „Sławomir” a na koncie w booking.com stoi „Sławek” a dla nich to nie to samo. Wolnych pokoi już niestety nie ma więc rezerwujemy online coś kilka mil dalej. Właścicielami są hindusi: „something is wrong” oznajmiają po przybyciu, że niby cena po której rezerwowaliśmy jest rzekomo dwa razy mniejsza niż oni by chcieli. Jesteśmy wkurwieni na maksa bo co nas to obchodzi, po małej awanturze dają nam w końcu klucze. Jest 22:00 i padamy w łóżka jak dzieci.

Dzień 3

Jedziemy słynną Route 66, mekka, święty Gral motocyklistów, muszę przyznać że ma swój klimat – stare dystrybutory, wielkie amerykańskie krążowniki z dawnych lat, odcinkami praktycznie  żywego ducha. Obok drogi wiją się tory kolejowe, czasami przejeżdża tabor o długości małego miasta w Polsce, ciągnięty przez kilka lokomotyw. Wagony potrafią ciągnąć się kilometrami, dosłownie bez końca, coś niesamowitego. Stajemy gdzieś pośrodku niczego i wyciągamy drona aby sfilmować z góry drogę i nasze jadące motocykle. Przez pół godziny jakie tam spędzamy nie mija nas żaden pojazd, absolutne pustkowie. Zajeżdżamy do miasteczka Ghost Town, swoistego skansenu dzikiego zachodu z zachowanymi budynkami sprzed 150 lat. Zastani na miejscu Japończycy na widok BMW dostają amoku (co przydarzyło nam się jeszcze kilka razy potem), strzelają fotki i cmokają z zachwytu, pozują sobie do zdjęć z naszymi rumakami.

 

Szukam budynku typu Saloon chcąc spełnić swoje amerykańskie marzenie. Zawsze chciałem zrobić mocne wejście przez takie wahadłowe drzwi jak kojarzycie z westernu. Chłopaki stoją z kamerą w środku a ja walę z buta w drzwi i zapytuje głośno „kto jest tutaj największym skurwesynem ?” Brakuje mi tylko rewolwerów, ale wyszło nieźle.  Jedziemy dalej, niedaleko jest nieczynny wulkan lecz aby się do niego dostać trzeba zostawić moto na pakringu i przejść z kapcia ze kilometr. To raczej słaby pomysł w pełnym rynsztunku przy tym upale ale od czego mamy drona ? Odpalamy zawodnika i już po chwili zaglądamy sobie do krateru nie ruszając się z miejsca. 

Wjeżdżamy do Nevady, na stacji spotykamy Harleyowca, który zachwyca się naszymi BMW. Jest kupa śmiechu gdy mówi, że HD to złom gdzie trzeba robić generalkę silnika po 30 tys. mil a w BMW po 200 tys. i że kiedyś sobie na porządny motocykl uzbiera. Hotele w Nevadzie oferują największy wypas za grosze. Wyszło nas po 12$ za noc w obiekcie, który śmiało dostałby 5* w PL. Haczyk tkwi w tym, że w każdym hotelu jest kasyno. Przyjedź, pobądź w luksusie za grosze, ale może zagrasz i zostawisz tu swoje oszczędności – muszę przyznać, że to bardzo sprytne i działa. Setki amerykanów wykazuje objawy uzależnienia, jak zombi siedzą przy maszynach przepuszczając kasę a królują w tym emeryci, czasem na wózkach, czasem z rurkami w nosie. W tym dniu chyba pierwszy raz jemy coś normalnego tj. stek w hotelowej restauracji. Trzeba za to odpowiednio zapłacić, ale w końcu czuję, że połknąłem prawdziwą krowę a nie trociny. 

Dzień 4

 

Startujemy wcześnie bo jest sporo mil do zrobienia, wjeżdżamy w góry Nevady i już po chwili wspólna decyzja, że trzeba stanąć i to uwiecznić ponieważ krajobraz zapiera dech. Dronujemy a Zdrapka testuje prędkość maksymalną GS-a. Nie dostrzegł lekkiej górki na prostej, na której przy 200km/h podniosło przednie koło. Na filmie wyszło to naprawdę kozacko, natomiast w realu Jeremi musiał zmienić pampersa. Łuki po 2 latach obcowania ze swoim telefonem odkrył w nim funkcje „slow motion”, wykorzystaliśmy to filmując m.in. Orzecha oddającego mocz co wprowadziło zupełnie nową jakość do naszych materiałów z wyjazdu. Tego dnia kamera prawie się nie wyłączała, gdzie nie spojrzeć bezkres i piękno, sporo prostych odcinków z pustą drogą aż po horyzont, pozostawało włączyć tempomat i rozkoszować się widoczkami. Dojechaliśmy do Arizony, zrobiło się naprawdę zimno i w ruch po raz pierwszy poszły podpinki i nieśmiertelny golf Orzecha pamiętający bitwę pod Grunwaldem. Dojechaliśmy nad Grand Canyon i załapaliśmy się na ostatni tego dnia lot helikopterem. Natura dała tutaj popis możliwości, to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie w życiu widziałem a żadne słowa, które bym tu napisał nie oddadzą tej magii. Po locie musieliśmy odjechać od kanionu na 30km gdyż wszystkie hotele bliżej miały ceny z innej planety. Zaliczyliśmy stejkownię z tradycjami, gdzie opędzlowałem najlepszą krowę jaką jadłem w USA (filet Mignon podany jako butterfly). W restauracji kelnerką była Pocahontas, żywcem wyjęta z bajki, czyli było drogo, smacznie i jeszcze ładnie.

Dzień 5

Objeżdżamy Wielki Kanion, to co wczoraj widzieliśmy z powietrza dzisiaj możemy oglądać z dołu. Liczba naszych postojów jest niedorzeczna, stajemy co kilka minut ale jak tu się nie zatrzymać gdy widzisz takie rzeczy ? Temperatura niewiele ponad 0 stopni, musimy się znowu ubrać we wszystko co mamy. Kanion jest tak olbrzymi, że jedziemy wzdłuż jego brzegów dobre pół dnia, po drodze stajemy na moście gdzie robimy jedne z lepszych ujęć z góry kawałka kanionu i rzeki Kolorado. Obok handlują obdarci Navajo, żal patrzeć na rdzennych amerykanów wykolegowanych przez białych przybyszy zza Wielkiej Wody. Kupuję u leciwej Indianki piękny naszyjnik, cena po negocjacjach zeszła o 50% ale poprosiłem też fotkę z nią, cieszy mnie, że się zgodziła bo mam fantastyczną pamiątkę.

 

Wjeżdżając do miasta witają nas myśliwce, gdzieś tu pewnie jest baza US Air Force. Vegas może zachwycić budynkami jak z bajki, mają rozmach skurwesyny, piramidy, wieża Eifla, całe ściany budynków pokryte ekranami LCD co pozwala na dowolną zmianę wyglądu fasady w sekundę, robi to wrażenie. Hotel jak zwykle wypaśny i relatywnie tani, idziemy w miasto a ponieważ mamy tu spędzić 2 dni to możemy się śmiało upodlić. Orzech postanowił rozmnożyć dolary w ruletkę. Nasz ekspert od wszystkiego rozmienia 100$ na żetony i oznajmia, że bez 1000$ nie wychodzi z kasyna. Po 20 minutach prosi Łukiego o pożyczkę 20$, którą również przegrywa, mamy z nim naprawdę wesoło. Kupujemy małe shoty w pobliskim sklepie i ładujemy w siebie seriami. Noc jest baaardzo kolorowa.

Dzień 6

Orzech nie zna pojęcia gazu z umiarem, zamordował tylną oponę, bieżnik zniknął więc jedziemy w Vegas do oddziału EagleRidera aby ją wymienić. Udaje się to po kilku godzinach, bezkosztowo w ramach ubezpieczenia. Ruszamy na pobliską zaporę Hoovera, owszem fajna ale po tym co już widzieliśmy jakoś nie rzuca na kolana. Jest gorąco, udziela się głupawka i pewnie tęsknota za żonami bo robimy bardzo dziwne, przytulane zdjęcia.

 

Wracamy do Vegas i bierzemy Ubera aby dostać się na Fremont Street, polecanego, barwnego miejsca w tym mieście. Faktycznie,istna „sodomia i gomoria”, nagromadzenie wszelkiej maści freaków, miejsce którego przykładny katolik powinien wystrzegać się jak proboszcz młodego ministranta. Gołe „policjantki” z pejczami, siostra zakonna z odkrytymi cycami, facet, którego za kasę możesz kopnąć w jądra, dżizas ! Chcemy po prostu przejść przez ulicę, gdy ktoś proponuje nam kokainę, kierowca Ubera sprzedaje jointy, tu naprawdę jest wesoło. Na przejściach dla pieszych oprócz kokainy są jeszcze słupki z przyciskiem, który po naciśnięciu mówi „wait”, sprawia nam to dużo frajdy więc naciskamy bez końca szlifując wymowę tego słowa.

Dzień 7

Ojojoj głowy pękają, chyba trochę przegięliśmy a jechać trzeba. Prysznic, szklanka elektrolitów, śniadanie i kontrolny pomiar alkomatem. Na szczęście normy stanu Nevada są dość pobłażliwe: 0,8 promila tu nawet ujdzie więc możemy ruszać w kierunku Death Valley (Doliny Śmierci). Zatrzymujemy się w Badwater, puszczamy drona nad pięknym, wyschniętym, słonym jeziorem, największej depresji w Ameryce Północnej (86 m poniżej poziomu morza) – jest mega gorąco.

Jedziemy ostro, przed nami auto Rangera więc zwalniamy do przepisowych 55 mil ale po chwili wyprzedzamy go lekko przyspieszając ponieważ zamula. Gdy mamy na licznikach 70 mil/h słyszymy koguty i megafon aby się zatrzymać. Gość z ręką na pistolecie podchodzi do każdego z nas pytając o broń. What the fuck ? Jaka broń ?! O co kaman ?! Po chwili dociera do mnie w jakim kraju jesteśmy i skąd to pytanie. Pyta czy wiemy dlaczego nas zatrzymano a Orzech wymyśla bajkę o ciemnej szybie i rażącym słońcu, które nie pozwalało mu odczytać prędkościomierza – strażnika to chyba nie bawi, nas bardzo. Prosi o prawo jazdy, mam je w kufrze, mówię że muszę zsiąść i go otworzyć na co pozwala bacznie mnie obserwując, cały czas trzyma rękę na kaburze z bronią – dziwne uczucie. Jak się upewnił, że nie chcemy go zastrzelić i wypytał o wszystko, to wszedł do radiowozu i zweryfikował nasze papierki gadając z kimś przez radio. Zaproponował nam następujący deal, puszcza nas wolno ale odtąd jesteśmy wpisani do wszystkich możliwych stanowych rejestrów. Jedno wykroczenie i mamy przesrane, cóż było zrobić przyjęliśmy tę hojną propozycję, gdyż alternatywą było 1000$ od łebka. Od tej chwili jeździmy bardzo grzecznie i przepisowo. Zajeżdżamy do knajpy w jakiejś dziurze, Orzech zamawia wodę a dialog z kelnerką wygląda tak:

– Natural water please

– Sorry ?

– Natural, still water

– I’m sorry, we have only water

– Super

 

 

Po drodze przejeżdżamy przez miasto Trona, najbardziej dołującego miejsca jakie widziałem w USA. Miasto widmo na pustyni z zaniedbanymi domami, popadającymi w ruinę. Część jest opuszczona, walające się wraki samochodów, brud, smród i ubóstwo a zmierzch jeszcze potęguje to co widać, wszyscy są pod wrażeniem. W porównaniu z Troną w familokach na Śląsku poczułbyś się jak w Disneylandzie. Dojeżdżamy wieczorem do hotelu, gdzie Orzech siłuje się z drzwiami portierni rzucając piękne, słowiańskie „kurwy” w kierunku siedzącego tam murzyna, drzwi okazały się być otwarte a murzyn zupełnie niewinny niczemu, mamy znowu ubaw.

Dzień 8

Myślałem, że żadne śniadanie w USA mnie już nie zaskoczy a jednak… Mleka z wodą jeszcze nie piłem, zaczynam zbierać z każdej restauracji ciasteczka maślane a Zdrapka wozi w kufrach słoik nutelli i masła orzechowego na czarną godzinę – boimy się wszyscy, że przyjdzie moment, gdy ten zestaw „ostatniej szansy” będzie jedyną alternatywą. Jedziemy w kierunku parku narodowego Sekwoi, największych drzew na świecie, które rosną tylko w Kalifornii na dużej wysokości. Orzech prosi o przystanek i zdjęcie przy kaktusie, przypuszczamy że w suszonej wołowinie, którą się wyłącznie żywi (z braku innej opcji) są żeńskie hormony bo to do niego zupełnie niepodobne. Delikatnie pytamy: mówi, że chce mu się płakać, ale sam nie wie czemu – to już pewne, że wołowina jest faszerowana estrogenami.

Jedziemy przez jakieś górskie wioski, jest sobota, zauważamy piknik w pierwszej chwili myśląc, że to targ bydła, zatrzymujemy się, aby uwiecznić na fotkach miejscowy folklor. Amerykanie (jak zresztą wszędzie) od razu zagadują, skąd, gdzie, na co, po co ? Okazuje się, że to lokalna impreza z zawodami strzeleckimi przy piwku (?!). Od razu pytają czy chcemy postrzelać, no pewnie że tak ! Broń to karabiny 12mm, bynajmniej nie zabawki, dostaję taki do łapy plus pełne kieszenie amunicji. Krótki instruktarz i już walę do rzutków mocno się zapierając, aby nie było wstydu, że odrzut mnie przewróci. Przerwali swoje zawody abym sobie swobodnie postrzelał, nawet udało się coś trafić a skoro tak to zostałem zaproszony do zabawy głównej. Strzelało kilkunastu gości w rzędzie, udało mi się trafić za pierwszym razem więc przez chwilę byłem lokalną gwiazdą. Fantastyczna zabawa i przeżycie, mili ludzie którzy powtarzali nam wielokrotnie, że to tu jest prawdziwa Ameryka a nie w mieście. Byli bardzo zdziwieni, że w Polsce nie można mieć broni, nie mieściło im się to w głowach. Chcieli nas częstować piwem a gdy mówiliśmy, że jedziemy motocyklami odpowiadali „it’s no problem”. Myślę, że gdyby tylko czas pozwalał moglibyśmy spędzić tam wieczór równie barwny jak w Las Vegas choć zupełnie inaczej.

Widoki w tej okolicy przypominały te z Władcy Pierścieni, wzniesienie pokryte dywanami trawy, odpalenie drona było oczywistą oczywistością. Orzech pomylił drogi i wjeżdżaliśmy do parku sekwoi jakąś małą dróżką, która z każdym metrem wzniesienia robiła się coraz podlejsza. Po 13 milach wspinania trafiliśmy na półmetrową warstwę śniegu i błota, która nas pokonała, nie było innego wyjścia jak zawrócić. Łuki ma taką przypadłość, że na asfalcie ma lęki i zawsze na niego czekamy, natomiast im droga gorsza tym lepiej mu się jedzie. Najszybszy jest w błocie i deszczu – nie było szansy go dogonić.

 

Znaleźliśmy hotel ale nie rezerwowaliśmy online gdyż chcieliśmy sprawdzić czy cena na miejscu nie będzie lepsza niż przez booking.com. Zabawa w chytruska zemściła się bardzo, gdyż po przyjeździe na miejsce okazało się, że ostatni wolny pokój ktoś zabukował przez internet 3 minuty wcześniej. Kolejny hotel znaleźliśmy wiele mil dalej i 50$ drożej.

Dzień 9

W końcu zobaczyliśmy sekwoje, pnia nie objęłoby nawet kilkanaście osób, obwód podobny jak talia przeciętnej amerykanki. Rosną wysoko brodzimy w śniegu aby zrobić jakieś fotki. Ludzi jak mrówek, dla amerykanów z innych stanów to także jest atrakcja. Jechaliśmy powolutku w kierunku Yosemite Park wiejskimi, bocznymi drogami, wszyscy już dość zmęczeni bo pyknęliśmy prawie 200 mil po zakrętach, ale przecież dla takich widoków tu przyjechaliśmy. Łuki ma chyba okres (wołowina ?) bo narzeka, że takie pejzaże ma również w Limanowej i chciał jechać najprostszą drogą do celu.

Zatrzymaliśmy się w knajpie motocyklowej na posiłek, na zewnątrz dużo amerykańskich Harleyów, zaczęliśmy cykać jakieś foty gdy dwóch gości, którzy akurat odjeżdżali ostrzega nas abyśmy nie robili zdjęć w środku bo siedzą tam Hells Angels i to nie jest bezpieczne. Cool ! W środku faktycznie szemrane towarzystwo, głośne ale spokojne. Jak już wychodziliśmy nawiązali nawet rozmowę pytając skąd jesteśmy i chwaląc się swoimi kamizelkami z logo Hells Angels MC California.

 

Następny postój był na wzgórzu, pod którym roztaczało się ogromne jezioro, idealne miejsce do puszczenia drona. Widoczność doskonała, żadnych naturalnych przeszkód więc odważyłem się polecieć na prawie 3 km na drugi brzeg co jest absolutnym rekordem. Nocleg mieliśmy niedaleko Yosemite Park w stylowych, drewnianych domkach a wyluzowany właściciel pozwolił nam postawić motocykle praktycznie pod drzwiami. Spędziliśmy kilka godzin na poszukiwaniu noclegu na dzień kolejny w San Francisco. Udało się znaleźć coś co nas nie zrujnowało (ceny z innej galaktyki) i dawało nadzieję, że myszy i karaluchy nie będą nam biegać po pościeli.

Dzień 10

Dojazd do Yosemite, udało się kupić tani karnet pokazując wejściówki z poprzednich parków, zaoszczędziliśmy kupę kasy. Strażnik wygląda dokładnie tak jak w misiu Yogi a sam park zachwyca wodospadami, pięknymi klifami choć dla mnie nic nie przebije Wielkiego Kanionu. Droga do San Francisco ciągnie się jak brazylijska telenowela, jednak sam wjazd do miasta budzi do życia. Nie chce się wierzyć, że San Francisco ma jedynie 800 tys. mieszkańców i jest dwa razy mniejsze od Warszawy. Jazda po mieście wymaga rozwagi i obniżenia zawieszenia, aby mieć dwie stopy na asfalcie. Nachylenia jezdni osiągają po kilkadziesiąt stopni, prawdziwy rollercoster. Przebieramy się w cywilne ciuszki i wychodzimy zbadać teren. Akurat tu i teraz pierwszy raz w trakcie pobytu w USA pada deszcz, szkoda bo przez zachmurzone niebo zdjęcia są zupełnie do kitu. Bez dobrego przygotowania kondycyjnego chodzenie piechotą po San Francisco jest trudne. Podejście pod dwie ulice przypomina wspinaczkę na Mount Everest, czuję jak płoną uda, dyszymy wszyscy jak lokomotywy. Wchodzimy do jakiejś pizzerni bo każdy głodny, zamawiamy dwie duże pizze, wino i jakąś colę, rachunek na 600 zł wbija w fotel, kilkanaście procent stanowi napiwek, który w miejscach mocno turystycznych jest prawie zawsze doliczany (opłata klimatyczna dla frajerów).

 

Jedziemy cable carem – słynny wagonik, który jest ciągnięty przez linę biegnącą pod ulicą. Jest możliwość jazdy na stopniach, praktycznie wisząc na zewnątrz, super zabawa, tak dojeżdżamy do centrum. Pomimo tego, że jest to reprezentacyjna dzielnica miasta wszędzie krążą społeczne męty. Jointów nie trzeba kupować – wystarczy mocno wdychać powietrze, zapach zioła jest wszechobecny, w bramie ktoś robi sobie zastrzyk w żyłę. Ma się wrażenie, że policja nie jest w stanie nad tym zapanować, reklamy koszy na zużyte strzykawki to już przegięcie. W boczne uliczki nawet nie zapuszczamy się, jest dość dziwnie. Wracamy cable car z powrotem do naszego hotelu, który jest w całkiem spokojnym miejscu jak się okazuje.

Dzień 11

                Wyjeżdżamy z hotelu, po chwili w małym zamieszaniu gubi nam się Zdrapka, czekamy ale nie dojeżdża, zdzwaniamy się i umawiamy na spotkanie przy Golden Gate. Nie ma za bardzo gdzie zaparkować więc stoimy jak pipy na przejściu dla pieszych. Przechodzi 130 letnia, zadbana babcia z pieskiem wielkości szczura na rękach i coś tam nadaje. W pierwszej chwili nie słyszę bo mam kask na głowie ale jestem pewny, że właśnie zbieramy opierdol i zaczynam tłumaczyć, że „łi ar wajting for frjend”. Jak podchodzę bliżej to okazuje się, że ona rozpływa się nad naszymi motocyklami i powiada, że w kolejnym życiu też będzie jeździła na takich.

 

Przejeżdżamy przez słynny most, pogoda jest piękna, widać z daleka Alcatraz. Znajdujemy się z Jeremim i jeździmy w kilka punktów widokowych, aby zrobić zdjęcia mostu i miasta z różnej perspektywy. Kierujemy się na drogę nr 1 wijącą się wzdłuż wybrzeża oceanu aż do Los Angeles. Pomimo tego, że mocno grzeje słońce to zimny wiatr od oceanu zmusza nas do ponownego założenia na siebie wszystkiego co mieliśmy. Wieje tak potężnie, że motocykle musimy trzymać w sporym pochyleniu aby jechać prosto, nagłe podmuchy potrafią przesunąć maszynę o metr, momentami jest niebezpiecznie. Stajemy na jakimś punkcie widokowym i nie jesteśmy w stanie utrzymać maszyn, wiatr chce je przewrócić razem z nami, stawiamy je przodem do podmuchów i szybko robimy kilka fotek, ledwie da się utrzymać aparat. Orzech komunikuje przez interkom, że czujnik ciśnienia w oponach sygnalizuje spadek na tylnym kapciu, odbijamy trochę od wybrzeża i znajdujemy wkręt w jego oponie. Nauczeni doświadczeniem wieziemy ze sobą zestawy do kołkowania kupione jeszcze w Polsce. Postój na stacji benzynowej i szybka naprawa, uzupełniamy ciśnienie, trzyma ! Do godziny 20:30 jedziemy w kierunku LA ile się da aby w dniu jutrzejszym mieć więcej czasu i na spokojnie dojechać do miasta.

Dzień 12

Ostatni dzień kiedy mamy moto, cieszymy się tymi chwilami, odbijamy w góry aby ostatni raz pokręcić się po zakrętach. Odcinki dość bezludne, bez infrastruktury co skrzętnie wykorzystują niektóre hieny. Byliśmy zmuszeni zatankować najdroższą benzynę w USA (7$ za galon, gdzie zdarzało się płacić niecałe 3$ za galon). Jedziemy jeszcze na Mulholland Highway na kultowy wśród motocyklistów odcinek nazywany The Snake w górach Santa Monica. Niestety wjazd zamknięty a tablica straszy więzieniem i drenażem portfela, przekroczenie to dla nas już recydywa ale przecież mamy drona… Przed Los Angeles trafiliśmy na korek, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miał on 27 kilometrów a liczba pasów jezdni w kierunku miasta liczyła 6 (słownie: sześć) i tyle samo w drugą mańkę, wszystko zapchane. Gdyby nie motocykle jechalibyśmy zdecydowanie dłużej, ale i tak trwało to w nieskończoność i sponiewierało nas mocno. Tysiące wyciśnięć klamki sprzęgła spowodowało, że marzyłem aby włożyć ręce do lodu.

 

Nasze wdzianka bardzo się wyróżniają, amerykanie raczej jeżdżą na luzaka w koszulce i klapkach, pełny strój bojowy ta raczej rzadki widok, szczególnie w tak ciepłym stanie jak Kalifornia. Na stacji benzynowej w Los Angeles lokalesi pytają czy jesteśmy jakimiś Super Heroes bo tak wyglądamy i czy przyjechaliśmy uratować Amerykę ? Nocleg zabukowaliśmy w Hollywood, drogo a skromnie. Wieczorem wyszliśmy na miasto, zobaczyć aleję gwiazd, odnajdując wszystkie nas interesujące, zrobiliśmy też pierwszy szoping, zdecydowanie nam się tu podoba.

Dzień 13

Oddajemy dzisiaj moto, wyjechaliśmy godzinę przed czasem co okazało się niewystarczające. Powtórka ze stania w korkach, jeszcze obowiązkowe tankowanie przed zdaniem i w EagleRiders pojawiliśmy się 45 minut po czasie – nie robili z tego problemu ale jeszcze godzinka i policzyliby nam cały dzień. Stan licznika pokazał 4520 km, przychodzili spisywać go kilka razy bo myśleli że się pomylili, tutaj raczej nikt nie robi 450 km dziennie. Przebraliśmy się w cywilne ciuszki a motocyklowe zapakowaliśmy do walizek, które zostawiliśmy na przechowanie jeszcze na kilka godzin. Zamówienie Ubera i jazda do wypożyczalni po czerwonego, 5 litrowego Forda Mustanga V8 w kabriolecie – jebać biedę ! W między czasie nakupowaliśmy trochę ciuchów w TJ Max i wracamy po nasze toboły. Próba spakowania 4 olbrzymich walizek podróżnych do Mustanga była wyzwaniem, była kupa śmiechu, pracownicy Eagle Ridera też mieli ubaw widząc nasze daremne starania. Koniec końców zamówiliśmy Ubera i pojechaliśmy na 2 auta do naszego apartamentu w Hollywood co zajęło prawie 2h w korkach Los Angeles. Każdy z nas stwierdził, że w tym mieście nie da się mieszkać.

 

Mając takie autko nie wstyd było wjechać do Beverly Hills, obowiązkowo podjechaliśmy pod słynny napis Hollywood a następnie na plażę Santa Monica, gdzie jest oficjalny koniec Route 66 oraz budka, skąd Pamela Anderson wypatrywała topielców w serialu „Słoneczny patrol”. Mustang jest jak siarczysty policzek w twarz ekologii, spalił w moment bak paliwa a każda przygazówka to szklanka wachy mniej, dobrze że benzyna jest tu tak tania. Śmieszne zdarzenie miało miejsce gdy wjechaliśmy na parking podziemny: przez domofon jakiś gość z akcentem z Alabamy wydawał polecenia co i jak w tym numer miejsca postojowego. Po monologu Orzech potwierdził OK, OK i jedziemy. – No to gdzie mamy stanąć Orzech ? – Nie wiem…  Po raz kolejny loża szyderców miała pożywkę na resztę wieczoru.

Dzień 14

Jedziemy na wycieczkę do studia Warner Brothers, to prawdziwa uczta dla kinomana. Ogromny teren, na którym pobudowano kilkadziesiąt hal ze studiami telewizyjnymi, planami filmowymi, są też budynki a raczej ich fasady stylizowane na Nowy Jork, Chicago, itp. Jest dżungla, rzeki, jeziora, osiedle domków jednorodzinnych – wszystko to stanowi scenografię zbudowaną na potrzeby różnych produkcji. Ten sam plan może być wykorzystany w wielu filmach, czasami tylko coś przemalują czy inaczej udekorują. Ściany, które bym przysiągł, że są z cegły dopiero z kilku centymetrów okazywały się imitacją, trzeba było dotknąć aby uwierzyć że to ściema. Szczęki nam opadły jak zza rogu wyjechał prawdziwy Batmobil a potem wprowadzili nas do sali gdzie stało wszystko to co miał na do dyspozycji BatMan – łącznie z motocyklem, pancernymi wozami, samolotem i mnóstwem innych gadżetów – czad ! Orzech, który oglądał w życiu tylko jeden film „Ojciec  Chrzestny” narzekał, że to najgorzej wydane pieniądze na tym wyjeździe, reszcie bardzo się podobało. Zdjęcie z prawdziwym Oskarem było jak wisienka na torcie.

 

Wieczorem pojechaliśmy na Long Beach, gdzie Nieścieralny, który coś tam morsuje postanowił zanurzyć ciało swe w oceanie i wskoczył do wody na waleta. Był jedynym, który się odważył, narzekał że woda za gorąca bo naście stopni dla morsa to przecież sauna. Wiemy, że ściemniał i było zimno bo jajka jeszcze długo nie chciały mu wyjść z brzucha.

Dzień 15

 

Trzeba oddać Mustanga, pożegnać się z Los Angeles i Ameryką. Zamawiamy Ubera i wysyłamy na lotnisko walizki z Jeremim i Łukim. Ja z Orzechem jedziemy ostatni raz Mustangiem i hotelowym busem spod wypożyczalni, za zupełną darmoszkę jedziemy na terminal. Ostatnie ważenie walizek i przekładki ciuchów aby zmieścić się w limicie. Odprawa przeszła bezboleśnie, tym razem siedzimy koło siebie. Wyjechać stąd jest znacznie prościej niż wjechać, formalności zerowe. Nauczeni doświadczeniem kupujemy górę żarcia na wolnocłowym aby nie sczeznąć na diecie LOT-u. Ich zemsta dopada Łukiego, po zaserwowanym soku pomidorowym może oglądać co jadł wczoraj na lunch. Sama podróż przebiegła dziwnie szybko, trzy filmy to był moment i już słychać komunikat że lądujemy w Warszawie. Pożegnanie z Łukim i Orzechem i jedziemy z Jeremim na dworzec PKP na nasz pociąg. Po 3 godzinach jesteśmy w domu i tak kończy się nasz amerykański sen.

Epilog

Wyprawa ta jest jak do tej pory numerem 1 wśród moich podróży. Kraj okazał się piękny, różnorodny, z ogromy z potencjałem na kolejne wyprawy. Ludzie w USA są bardzo otwarci, mili, atmosfera jest tak amerykańska jak tylko można sobie wyobrazić. Ogromne samochody, wszechobecne V8, burgery, grubasy (tylko dziecko i leginsy nie kłamią), flagi na każdym słupie, bezkresne przestrzenie, wszystko to co widzisz w filmach pomnóż x 10 i dostaniesz namiastkę tego co zobaczyliśmy.

Podziękowania:

  • dla Orzeszka – naszego KO-wca, za nawigację i ogarnianie bałaganu, choć czasami trudno było wyłapać kierunek gdy mówił w prawo a skręcał w lewo i zwykł robić to już w trakcie manewru lub tuż po.
  • dla Łukiego – naszego naczelnego dowcipnisia, bez niego nie byłoby tak wesoło
  • dla Zdrapki – najładniejszego z wycieczki, bez niego wskaźnik przystojności drużyny byłby poniżej średniej

Dzięki chłopaki za towarzystwo, uważam że byliśmy wyjątkowo zgrani. Przez 2 tygodnie nikt sobie nie skoczył do gardła a to uwierzcie jest niezłym wyczynem, gdy 4 samców spędza ze sobą 24h na dobę.

Wskazówki dla udających się do USA na motocyklu (i nie tylko)

  • weź dwa razy więcej dolarów, niż wydaje ci się że będziesz potrzebował
  • nie bierz ze sobą alkoholu i narkotyków, wszystko kupisz na miejscu
  • nocleg w San Francisco najłatwiej znajdziesz w lokalnym oddziale Monaru
  • dowiedz się o co chodzi z tymi farenheitami, bo nigdy nie będziesz wiedział czy jest ciepło, czy zimno
  • nigdy nie dyskutuj z Rendżerem, miej wygląd lichy i durnowaty, okaż skruchę nawet gdy nie wiesz co do ciebie gada, nie mów po polsku, bo cię zastrzeli myśląc że obrażasz jego starą
  • tydzień przed wyjazdem zacznij jeść trociny z keczupem, żeby przyzwyczaić żołądek oraz kubki smakowe do prawdziwego amerykańskiego fast foodu
  • zjeść normalnie można tylko w restauracji, w fast foodach znośna jest jeszcze sałatka, choć czasem okraszą ją tak kalorycznym sosem, że nie musisz jeść przez tydzień
  • jedzenie wcale nie jest tanie, burger i cola to 7-10$, restauracja 20-40$
  • bierz picie w rozmiarze „small” inaczej dostaniesz wiadro dla krowy a nie kubek
  • nie zdziw się zamawiając black tea, że zamiast filiżanki otrzymasz plastikowy kubeł do automatu z którego leje się brązowa breja o takim stężeniu cukru, że łyżeczka stoi pionowo
  • paliwo kosztuje grosze, najtaniej 2,70$ za galon (ok 5 litrów) a średnio ok 3,80$
  • nie jedź na stację bez kalkulatora – paliwo jest przedpłacane, najpierw musisz policzyć ile się zmieści do baku a następnie zamówić/zapłacić za taką ilość, dopiero po tym kasjer odblokowuje dystrybutor. Jak przesadzisz i nie masz już miejsca w baku to zwykle oddają kasę.
  • karta kredytowa (VISA) nie zawsze i nie wszędzie działa, trzeba mieć trochę gotówki na takie sytuacje
  • uśmiechaj się ile wlezie, możesz głośno wtrącać „oł yeeaah” co chwilę – będziesz wtedy tak amerykański jak reszta tubylców
  • wypożyczając motocykle ustal PRZED absolutnie wszystkie szczegóły dot. modelu, wyposażenia, itp.
  • jeżeli nadużywasz słowa „nigga” po kilku głębszych to lepiej nie pij
"JuEsEj widziane okiem Kaliego"
"JuEsEj widziane okiem Łukasza"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *